Szachy w stylu Montessori

Z dużą przyjemnością oddajemy w Państwa ręce pierwszy z cyklu wywiadów z praktykami, instruktorami, trenerami, nauczycielami szachów w szkole. Głównym zagadnieniem poruszanym w wywiadach będą właśnie szachy w szkole. Wywiady przeprowadziła nasza koleżanka klubowa, arcymistrzyni Iweta Rajlich.

Pierwsza rozmowa Iwety odbyła się z Panem Andrzejem Olsztyńskim, który jest od wielu lat instruktorem szachów w szkole Montessori w Warszawie. W 2016 roku założył UKS Montessori, do którego zapisał swoje dzieci – młodych szachistów Helenę i Janka. Poza szachami to ekspert w dziedzinie rozwiązań IBM Enterprise Social Solutions, szef działu sprzedaży IBM Enterprise Social Solutions w Europie, autor książki „IBM Lotus Notes Domino 8/8.5″ i bardzo sympatyczny człowiek chętnie dzielący się swoją wiedzą.

1. Skąd się wzięło u Ciebie zamiłowanie do szachów?

W szachy nauczył mnie grać ojciec. Zawsze fascynowała mnie mnogość kombinacji oraz niepowtarzalność pozycji w grze, w przeciwieństwie do wielu innych gier, w których można długo grać „oklepane warianty”. Poza tym wielokrotnie doświadczyłem już prawdziwości maksymy „Gens una sumus”. Przypadkowo spotykane w moim życiu osoby stawały się szybko dobrymi znajomymi, przyjaciółmi, bo szybką płaszczyzną porozumienia i budowania relacji była umiejętność gry w szachy. Nie wiem, czy inne dyscypliny sportu, aż tak ułatwiają nawiązywanie znajomości. To jest niesamowite!

2. Dlaczego nauczyłeś swoje dzieci grać w szachy?

Niejako uważałem to za swój obowiązek i naturalną kolej rzeczy. Tak jak każdy powinien umieć czytać i pisać, tak samo powinien umieć grać w szachy. Jest to ważna część elementarnego wychowania młodego człowieka. Taki kanon niezbędnych umiejętności, które trzeba opanować na początku życia. Nie musi być to zaraz poziom mistrzowski, ale mam takie marzenie, aby wszystkie dzieci w Polsce po zakończeniu szkoły podstawowej rozumiały królewską grę na poziomie przynajmniej III kategorii.

 

3. Jak to się stało, że nauczanie szachów stało się Twoim hobby?

To pewnie jakaś forma powołania, aby przekazać jak największej liczbie osób umiejętność grania w szachy. To sprawia wiele radości, kiedy podopieczni, którzy jeszcze nie potrafią czytać, zdobywają już pierwsze kategorie szachowe i są zafascynowani królewską grą. Przekazywanie tego entuzjazmu, zarażanie nim innych jest bardzo przyjemne. Ludzie lubią słuchać i często naśladować kogoś, kto ma jakąś pasję i jeszcze na dodatek ciekawie ją przedstawia innym, a ja lubię dzielić się z innymi moją pasją. Mogę być zmęczony pracą, domem, pogodą, ale kiedy wiem, że ktoś słucha jak mówię o szachach, od razu się nakręcam i wytwarza się swoiste sprzężenie zwrotne. To jest naprawdę ciekawe. Trzeba tylko uważać na rutynę, bo ona wprowadza monotonię a potem nudę. Dlatego szukam ciągle czegoś nowego, urozmaicam metody. Nie chcę stanąć w miejscu, spocząć na laurach, bo za chwilę będę się cofał.

4. Od 6 lat uczysz szachów w szkole podstawowej Montessori na Warszawskiej Sadybie. Jak można uczyć szachów wedle założeń pedagogiki Montessoriańskiej?

Przedtem jeszcze uczyłem przez 3 lata w przedszkolu Montessori.

To był taki chrzest bojowy. Sporo nowych pomysłów, potem korekty i od nowa kolejne pomysły. Później powstała szkoła podstawowa i płynnie z częścią już znanych zawodników przeszedłem na kolejny szczebel edukacji. Uczyłem też równolegle w szkole państwowej, bo ściągnęli mnie tam rodzice kilkorga dzieci z przedszkola Montessori, licząc, że ożywię klasę szachami. Tak jak do działało w przedszkolu. Celowo o tym mówię, bo mogłem zauważyć dzięki temu istotne różnice w obu systemach edukacji: publiczną szkołą państwową i prywatną szkołą z metodyką Montessori. W szkole Montessori klasy są wielopoziomowe, dzieci z klas I-III są de facto w jednej grupie, później IV-VI. To pierwsza istotna różnica, która bardzo pomaga w długofalowym kształceniu. Zasada jest prosta – starsze dzieci, chcąc nie chcąc, pomagają młodszym zdobywać wiedzę, czego nie ma w typowej szkole, gdzie dzieci są niejako poukładane w silosach, którymi są klasy. Trochę jak w starym modelu korporacji. Zresztą do tego ten system edukacji te dzieci przygotowuje.

Tymczasem świat idzie naprzód,

Wszyscy wiemy, jak sprawnie działają systemy przekrojowe, łamiące podziały „silosowe”, jak chociażby narzędzia społecznościowe. To samo zaobserwowałem przy nauczaniu gry w szachy. Pierwszy rocznik nie miał się jeszcze od kogo uczyć, poza rówieśnikami i mną, więc wielkich różnić nie było. Duży skok obserwuję od dwóch lat – kolejne roczniki dużo korzystają z wiedzy starszych kolegów. W szkole państwowej po roku, kolejne klasy to był totalny reset. Uczenie wszystkiego jeszcze raz od nowa i co chwilę regres umiejętności. W szkole Montessori jak tylko któreś dziecko z I klasy lub zerówki wciągnie się choć minimalnie w szachy, widzę jak szybko „wyciąga” wiedzę od starszych kolegów. W typowej podstawówce ten motyw prawie wcale nie występował. Taką rolę kiedyś spełniały kluby, ale jeżeli chcemy wyławiać jak najwięcej talentów i upowszechniać szachy to kluby nie są w stanie nigdy zrealizować takiego planu w stosunku większym niż kilka procent populacji. Drugim ważnym elementem pedagogiki Montessori jest zasada „pomóż mi zrobić to samemu”. Czyli jesteśmy mentorem dla dziecka, a nie robimy coś za nie od początku do końca. Częsty błąd wychowawczy skutkujący tym, że dorosły człowiek boi się samodzielnie podjąć ważne decyzje, albo główny jego wysiłek jest kierowany na poszukiwanie kogoś, kto go wyręczy w pracy. Tymczasem wspomniana zasada jest idealna wręcz przy rozwijaniu talentów szachowych. W końcu później dziecko samo gra z przeciwnikiem i nikt go w tym nie wyręczy. Sukces jednak tkwi w tym, iż jest to główna zasada w całej szkole i dziecko nie wyobraża sobie, że może być inaczej. W typowej szkole oczekuje, że trener wyłoży mu od „a” do „z” przepis na wygranie partii. Przygotuje pułapki debiutowe, podsunie wszystko pod nos. Tutaj dzieci się wręcz niecierpliwią, jeśli zbyt mocno ingeruję w ich aktywność.

Metodyka Montessori nastawia je na proaktywność.

To bardzo ważne i zdecydowanie ułatwia szkolenie tak nastawionych uczniów. Stosowanie tej zasady tylko na jednym przedmiocie, np. na szachach nie ma sensu, bo pozostałe zajęcia prowadzone systemem tradycyjnym szybko zagłuszą tak wykształconą technikę. Zaobserwowałem to, ucząc w szkole państwowej.

5. Czy gra w szachy i pedagogika Montessori mają ze sobą coś wspólnego? Dlaczego warto w ten sposób uczyć szachów?

Jak już mówiłem wcześniej – po pierwsze samodzielność podejmowania decyzji oraz ich realizacja. Wypisz wymaluj partia szachowa. W szkole Montessori niezależnie od poziomu umiejętności dziecko chce grać i rozwijać się. W szkole państwowej zauważyłem, że poza kilkoma „zapaleńcami” grającymi najlepiej reszta szybko ustawia się w roli „outsajderów” i jest im tam dobrze. Prawie zero entuzjazmu, mimo znaczącego wysiłku trenera. To szybko wypala nauczyciela i tworzy się błędne koło. W szkole Montessori integracyjny charakter klas z kilku roczników daje dodatkową premię w postaci bezinteresownej pomocy starszych oraz świadomości młodszych, że mogą zapytać starszych i poprosić o pomoc. Pokażcie mi taki model w tradycyjnej szkole. Kiedy pierwszoklasista pyta kolegów z klasy trzeciej, jak rozwiązać trudne dla niego zadania, albo jak trzecioklasista bezinteresownie, nieproszony przez nikogo, pomaga pierwszoklasiście. Mrzonka. Tymczasem w pedagogice Montessori tak to właśnie działa. Dla szachów to idealne rozwiązanie. W zasadzie tworzy się piramida umiejętności. Z każdym kolejnym rocznikiem jest coraz szersza u podstawy, bo wiedza starszych uczniów jest skutecznie przekazywana młodszym. I nauczyciel nie jest tu jedynym przekaźnikiem jak ma to miejsce w szkole standardowej. To pozwala na ciągłe podnoszenie poziomu gry w całej szkole, a nie tworzenie sinusoidy, bo w jakimś roczniku akurat trafił się utalentowany „rodzynek” i nakręcił tym kolejne 2, 3 roczniki. A potem znowu w dół. Zdarzają się oddani pedagodzy, którzy poświęcają się całkowicie szkole i uczniom i tworzą swoiste enklawy. Ale nie jest to rozwiązanie systemowe. Wraz z odejściem, wypaleniem się nauczyciela lub nieprzychylnością dyrekcji, wszystko się nagle kończy. Wiedza ginie wraz z odejściem nauczyciela oraz ukończeniem szkoły przez ostatni rocznik przez niego wychowywany. W metodyce Montessori przekaźnikami wiedzy, systemowo, są przede wszystkim uczniowie. Nauczyciel prowadzi cały proces, podsuwa nowe pomysły, coś poprawia i nadzoruje. Ale przepływ wiedzy jest wielowymiarowy, a nie tylko od nauczyciela do uczniów i koniec.

6. Co to znaczy, że pedagogika Montessori w swoim podejściu “jest wolna od współzawodnictwa i rywalizacji”? Jak takie montessoriańskie podejście ma się do szachów – gry której celem jest wygranie z przeciwnikiem?

Rzeczywiście celem pedagogiki Montessori jest eliminacja współzawodnictwa i rywalizacji. Ale chodzi tu o jej ujemne aspekty. Eliminację swoistego „makiawelizmu edukacyjnego”. Czyli ktoś się uczy, bo chce być lepszy, chce być najlepszy za wszelką cenę, a nie ponieważ chce zdobywać wiedzę i dzielić się nią. Co jest istotą metodyki Montessori – dzielenie się wiedzą. Żyjemy w erze narzędzi społecznościowych. Ludzie dzielą się wiedzą i widzą, że to jest lepsze niż chowanie unikalnych umiejętności przed całym światem. Każdy z nas przecież codziennie tego doświadcza. Z mojego doświadczenie widzę, że w szkole Montessori także istnieją współzawodnictwo i pewna rywalizacja, ale są one budujące, a nie destrukcyjne. W typowej szkole rywalizacja aż paraliżuje uczniów. Wzbudza niezdrowe emocje. W szkole Montessori też „podnosi ciśnienie”, ale dzieci autentycznie cieszą się, że ktoś inny wygrał turniej i nie czują się „outsajderami”, bo zajęły miejsce w dole tabeli. Nie zniechęca to ich do dalszych wysiłków. Dzieci widzą sukces innych i chcą też to osiągnąć. I wiedzą, że jest to możliwe bo czują, że działa przepływ wiedzy. W typowych szkołach gorszych uczniów szybko ogarnia „czarna rozpacz”, zajmują „swoje” odległe miejsce w szeregu i biernie godzą się z tym. Tutaj łamiemy te stereotypowe zachowania.

7. Czego byś chciał aby Twoje dzieci nauczyły się dzięki szachom w montessoriańskim stylu?

W zasadzie już się nauczyły. Dzielą się chętnie wiedzą. Chcą, aby wszyscy grali jeszcze lepiej. Nie traktują z wyższością tych, którzy grają gorzej i nie lekceważą przeciwników. Nie ma znaczenia, ile przeciwnik ma lat, którą ma kategorię. Traktują ich uczciwie i z szacunkiem. W ich grze nie ma też miejsca na jakieś cwaniackie sztuczki i generalnie granie nie fair play. To duża zasługa pedagogiki Montessori. Każdy jest w czymś dobry. Bez względu na wiek, możliwości fizyczne, czy intelektualne. Jak ma się ze mną podzielić swoimi zdolnościami, skoro ja nie postępuję uczciwie w stosunku do niego?

Powyżej fotorelacja ze szkolnego turnieju: Październik 2016 Szkoła Montessori im. Urszuli Ledóchowskiej w Warszawie.

[table id=48 /]

 

Add Comment

Zapisz się na nasz darmowy Newsletter!

Wyślij mi swój newsletter (możesz anulować subskrybcję w każdej chwili).

FreshMail.pl