Szachy w szkole – “Szachyliczanie”

Na nasze pytania odpowiedział pan Dariusz Różycki czyli prawdziwy człowiek – orkiestra. To lekarz weterynarii, nauczyciel – pedagog pracujący w świetlicy, założyciel KS Laura Chylice, sędzia, od 17 lat (!) instruktor i organizator szachowy, ojciec trzech młodych ludzi: Bartka – aktywnie grającego w turniejach, Wojtka – instruktora szachów i gier planszowych i Michała, który czasem z przyjemnością grywa w turniejach swojego taty. Na ostatnim turnieju w Chylicach zagrało w szachy 99 osób – to tyle, że aż zabrakło tradycyjnego poczęstunku, na który w Chylicach zawsze można liczyć – chleba z pysznym smalcem!

Z zawodu jest pan lekarzem weterynarii. Jak więc rozpoczęła się pana „przygoda z szachami”? Kto pokazał panu jak grać?

DARIUSZ RÓŻYCKI: – Ruchów i zasad nauczył mnie ojciec. W domu regularnie grano w brydża, a czasami, kiedy pojawiał się stosowny partner, ojciec wyciągał szachy. Wtedy uważano, że szachy są raczej grą dla starszych i całe partie zacząłem grać dopiero mając ok 12-13 lat. Szachownica „chodziła” ze mną co dzień do szkoły i tam grałem dużo. W liceum pojawili się nowi, mocniejsi partnerzy i rozgrywki szkolne. Choć to może już archaizm, ale graliśmy bez zegarów, każdy z każdym, a partie czasem były odkładane. Cóż, jeśli partia była ciekawa, zdarzało się nie zdążyć na lekcję. Pełna frajda i amatorszczyzna. Wyczynowo uprawiałem wtedy biegi długodystansowe. Na rozgrywkach gminnych zdarzyło mi się zostać zwycięzcą. Mistrzem szkoły nie byłem nigdy. Studia to czas okazjonalnego grania z kolegami, choć z gier umysłowych częściej wybierałem wtedy brydża. Właściwym impulsem do związania się z wyczynowymi szachami były moje dzieci. Chłopcy zaczęli wstawać przed szkołą o strasznie wczesnych porach aby pograć. Nie chciałem zmarnować tego ich entuzjazmu. Zacząłem wozić ich na zawody, obozy, szkolenia. Poznałem pojęcie kategorii, rankingu itd. Ponieważ nudziło mi się czekanie na nich, gdy grali, zacząłem grywać w tych samych turniejach.

Jak to się stało, że stworzył Pan UKS “Szachylice”? Skąd pomysł? Ile lat ma już klub? Ilu jest “szachyliczan”? Czym możecie się pochwalić? Na przestrzeni lat co Was najbardziej cieszy? Plany na przyszłość…?

Mój średni syn, Bartek, jest z 29 grudnia. Był najmniejszy w klasie i tłukli go. Stwierdziłem, że zamiast ganiać małych rozbójników spróbuję wyeksponować mocne strony mojego syna. Chciałem w ten sposób zbudować jego autorytet w grupie rówieśniczej. Zaproponowałem w szkole, że zorganizuję Mistrzostwa Szkoły w Szachach. Pani dyrektor szkoły Małgorzata Rygier-Jaworska stwierdziła, że mistrzostwa będą miały sens tylko wtedy, jeśli powstanie koło szachowe. Powstało koło, później przekształcone w UKS. Teraz występujemy pod szyldem KS Laura Chylice, ale pojęcie „Szachylice” stało się niejako znakiem firmowym miejscowego środowiska szachowego, które mocno się rozrosło. Od pierwszych zajęć szachowych w Chylicach minęło już 17 lat. Szachyliczanie są niepoliczalni. Nigdy nie starałem się rejestrować wszystkich, którzy przychodzą na zajęcia. Z naszym środowiskiem identyfikują się dzieci uczące się u mnie w szkole, podopieczni instruktorów, których wychowałem, zawodnicy, którzy przyszli do klubu z zewnątrz przyciągani atmosferą, wynikami i poziomem organizacji. Szachyliczanką też jest pani, wspierająca nas darami, wielkim sercem, i rywalizująca na naszych kołówkach. Teraz jeszcze pani dzieci zaczęły walczyć na naszych zawodach. To już dwupokoleniowy związek naszego środowiska z panią. Być może to właśnie zdolność gromadzenia życzliwych ludzi wokół nas jest największym wyróżnikiem „Szachylic”. Nie byłoby osiągnięć sportowych, gdyby nie bezinteresowne wsparcie od wielkich osobowości polskich szachów. Myślę że bez pani, państwa Soćków, pana Maćka Nurkiewicza nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy. Ja najbardziej cenię osiągnięcia drużynowe. Wejście do ekstraligi juniorów, 13. miejsce w II lidze seniorów, 7. miejsce na Mistrzostwach Polski Szkól Podstawowych, 4. na Mistrzostwach Polski Szkół Gimnazjalnych. Indywidualnie medale juniorów, mistrzostwo Polski Mikołaja Winiarskiego, medale Patryka Chylewskiego, Poli Mościckiej uczyniły z nas rozpoznawalną firmę. Wysoko cenię sobie też, że młodzież spotyka się sama i wspólnie doskonali swoje umiejętności w ramach tzw. Chylickiego Uniwersytetu Juniorów.

W klubie jest 8 młodych kandydatów na mistrza i oni będą stanowili o sile klubu w najbliższych latach. Pora zacząć mieszać w szachach seniorskich. Najbliższy sezon, to atak na medale w ekstralidze juniorów i walka o awans do I ligi seniorów. I liga to kwestia najwyżej dwóch lat. Ekstraliga juniorów to teraz albo… kiedyś. Za rok Mistrz Federacji Mikołaj Winiarski ucieknie z szachów juniorskich, a kolejni zawodnicy jeszcze nie gwarantują obrony pierwszej deski. Innego typu osiągnięcia, to comiesięczna liczna frekwencja na naszych turniejach i obecność niemal całej kadry seniorów na flagowym „Szachograniu” w Piasecznie.

Jest pan sędzią szachowym, działaczem, organizatorem turniejów, trenerem szachowym, (zawodnikiem?!) – którą z tych szachowych ról lubi pan najbardziej – która sprawia najwięcej satysfakcji?

– Myślę że wszystkie te role zawierają się w jednym: być wychowawcą. Uczyć dzieciaki, że trzeba żyć z pasją, a nie na kanapie. Satysfakcji szukam w działaniu i nie jest istotne, jaką rolę pełnię w danym momencie.

Kiedy i dlaczego nauczył pan swoich synów grać w szachy? Dlaczego pana synowie już jako dorośli młodzieńcy grają i zajmują się szachami?

– Wstyd powiedzieć, ale tylko najmłodszego, Michała, nauczyłem osobiście. Wojtka nauczył brat koleżanki z klasy. Wojtek nauczył Bartka, bo chciał mieć kogoś do ogrywania w domu. Wojtek miał 9 lat, a Bartek 7. Później uczyłem się razem z nimi. Czytałem książki szachowe (np. „Szachy dla Dzieci” Mirosławy Litmanowicz) i pokazywałem im, czego się z tego dzieła nauczyłem. Uczyliśmy się więc razem, a nie oni ode mnie. Przysłuchiwałem się zajęciom na „Wakacjach z szachami” czy na innych szkoleniach, na których był konieczny nadzór tatusia, aby moje latorośle nie dezorganizowały zajęć. Każdy z nich ma inne motywacje do gry i inny poziom zaangażowania. Bartek zaangażował się w szachowy wyczyn. Nigdy nie wszedł do finałów MPJ. Gdy kończył się rok 2011 i ostatnia szansa startu w finałach MPJ uciekła, nakleiłem mu na ścianie kartkę z wypisanym miejscem w jego roczniku na nowo ogłaszanej liście rankingowej. Powiedziałem mu, że jego MPJ dalej się toczą. Bartek wspiął o niemal 40 miejsc w górę. Większość zawodników, która z nim wygrywała na strefie teraz już gra dużo poniżej jego poziomu. Jest kandydatem z dwiema normami mistrzowskimi, pokonanymi kilkoma arcymistrzami i ciągle nie zaspokojonym głodem na tytuł mistrzowski. Słowem: facet ze sportowymi ambicjami. W środowisku szachowym jest rozpoznawalny jako sprawny organizator wyjazdów na imprezy międzynarodowe do Londynu, Grazu, itd. Dla Wojtka szachy zostały grą towarzyską, a gry stały się jego zawodem. Jest instruktorem szachów i innych gier planszowych w domach kultury, świetlicach środowiskowych i na obozach dla młodzieży o podobnych zainteresowaniach. Michał ma najluźniejszy związek z szachami. Udało mu się zostać mistrzem swojego liceum w ostatnim roku nauki. Jeżeli mam nieparzystą ilość uczestników turnieju, a on ma czas, to nie odmawia grania.

Wspomniał Pan, że synowie pasjonują się wszystkim na “sz”; najmłodszy szablą, starsi szachami. Jak to się dzieje, że dzieci się czymś pasjonują? Jak rodzi się pasja, zamiłowanie do szachów?

– Nie mam przepisu na zarażanie konkretną dziedziną. Gdybym to umiał, moi synowie biegaliby wyczynowo. Natomiast popierałem każde wartościowe zainteresowanie dziecka. Właściwie staraliśmy się, bo wkład mojej żony jest nie do przecenienia. Dzieci często mają chwile zwątpienia albo rozpraszają się w dążeniu do celu. Należy wtedy dać im wsparcie. Czasem być wzorem, czasem motorem lub mentorem. Niestety, często rodzice są hamulcowymi, stawiając cele zbyt doraźne, zbyt trudne lub – będąc zbyt leniwymi – nie namawiają, by spróbować jeszcze raz, jeszcze raz, i jeszcze raz…

Jakie cechy posiada dobry nauczyciel szachów?

– Otwartość na naukę. Świadomość własnych ograniczeń. Cierpliwość, ambicję i pokorę.

Co Pan myśli na temat inicjatywy Polskiego Związku Szachowego “Edukacja przez szachy w szkole”?

– Jest to dobra droga do rozpowszechniania szachów. Inicjatywa ta przyczyniła się do podniesienia frekwencji na zawodach i co za tym idzie, zwiększenia środków pozyskiwanych przy okazji imprez szachowych. Nie widzę innych plusów. Złośliwie od początku akcji osiągnięcia polskich juniorów na arenach międzynarodowych zniżkują, tak jakby chciały udowodnić tezę o wyższości teorii odwróconej piramidy nad tradycyjnym modelem selekcji. Ewaluacja wyników wpływu na osiągnięcia szkolne wypadnie zapewne pozytywnie dla akcji. Każda praca z dzieckiem wzbogaca je, dlaczego więc z szachami miałoby być inaczej? Być może przełożenie na szachy sportowe pojawiłoby się przy stworzeniu relacji szkoły – kluby. Niestety, kluby walczą często o przetrwanie i nie mają siły na objęcie szkół jakąś formą patronatu. Nauczyciele wstydzą się swoich umiejętności szachowych i przez to nie dążą do kontaktu z klubami. Widziałem nauczycieli, po kursach w ramach tej akcji, nie umiejących matować hetmanem czy jedną wieżą.

Szachy są przedmiotem obowiązkowym od 2011 roku w szkołach podstawowych w Armenii, a od 2015 w Hiszpanii. Jakie są szanse, że stanie się tak w Polsce?

– W aktualnych czasach, gdy ustawy wchodzą bez konsultacji i w ciągu jednej nocy, wszystko jest możliwe. Nie jestem zorientowany, czy taka determinacja w ośrodkach władzy istnieje. Z moich obserwacji wynika, że obowiązkowa piłka nożna ma większe szanse.

Czy mogę prosić o komentarz odnośnie słów Pani Minister Edukacji Anny Zalewskiej, która w wywiadzie dla TVP Info we wrześniu tego roku powiedziała: „Budujemy nowoczesną szkołę na miarę XXI wieku, odpowiadając na wyzwania cywilizacyjne. Jednocześnie pamiętając, że trzeba łączyć nowoczesność z tradycją. Dlatego już do pierwszych klas szkoły podstawowej wprowadzimy grę w szachy.

– Szachy doprowadziły mnie do pracy w szkole. Jestem nauczycielem na etacie wychowawcy świetlicy. Najpierw musiałem umieć grać w szachy, później robiłem uprawnienia pedagogiczne. Kolejne stopnie awansu zawodowego. Wydaje mi się, że świetlica jest najlepszym miejscem dla szachów w szkole. Gdy prowadziłem kółko szachowe, nigdy nie zdarzyło się, że dziecko wróciło do szachów, jeśli z jakichś powodów z szachów wypadło. W świetlicy takie cuda zdarzają się nagminnie. Miałem już gimnazjalistów, którzy nawet nie pamiętali, że jako siedmiolatkowie wyszli z obrażonym tatą z zawodów i przez 5 -6 lat nie próbowali swoich sił w tej dziedzinie. W tej formie szachy są swobodnym wyborem dzieciaków. Nie musimy obawiać się o frekwencję. Ta gra broniła się przez tysiące lat i wciąż znajdują się kolejni pasjonaci. W szkole, która ma poniżej 500 uczniów mam co roku około 100 dzieci przewijających się przez zajęcia. Jedni są systematyczni, inni przychodzą tylko czasem, gdy pogoda zgoni z podwórka. Nie wyobrażam sobie efektywnego wykorzystania czasu przy braku zaangażowania ze strony dzieci. Obowiązkowe zajęcia posadzą przed szachownice te pozostałe 400 uczniów, którzy wolą robić inne, czasem bardzo cenne rzeczy. Teraz moje zajęcia muszą być ciekawe, by wygrać rząd dusz z ceramiką, baletem, plastyką, itp. Obowiązkowa obecność na zajęciach szachowych spowoduje, że trudniej będzie dostosować zajęcia do indywidualnych potrzeb dziecka.

Kto Pana zdaniem może dobrze uczyć szachów w podstawówkach? Jakie kryteria powinna taka osoba spełniać?

– Wiadomo, że karta nauczyciela wymaga od każdego uczącego w szkole wykształcenia wyższego i pedagogicznego. Dorzuciłbym wymóg III kategorii szachowej lub egzaminu z matów elementarnych. Kursy uważam za zbędne, ważniejsze są praktyczne umiejętności. Z pożytkiem dla dzieci byłoby dopuszczenie do nauczania szachistów (np. od II kat.), instruktorów bez papierów pedagogicznych, na to jednak bym nie liczył, znając sztywność przepisów szkolnych.

Wiadomo, że nie każdy może zostać mistrzem szachowym, ale czy każde 7-letnie dziecko jest w stanie nauczyć się zasad gry? Co przysłowiowemu Jasiowi Kowalskiemu z 1C dadzą roczne lekcje szachów?

– Nie precyzuje Pani ile godzin tygodniowo. Przy 3 godzinach w tygodniu myślę, że każdy może się nauczyć. Przy jednej już nie wszyscy przeskoczą etap matowania jedną wieżą. Jaś dowie się, że jest taka gra. Poćwiczy myślenie przyczynowo-skutkowe, pamięć i spróbuje rywalizacji z rówieśnikami.

Czego życzyłby Pan rodzicom młodych szachistów i ich pociechom?

– Rodzicom radości z obserwowania rozwoju własnych dzieci. Współuczestniczenia w radościach i smutkach tych, dla których warto żyć i rozwijać się. A pociechom wsparcia we wszelkich pasjach wzbogacających ich osobowość. Dobrych nauczycieli i cierpliwych rodziców.

Add Comment

Zapisz się na nasz darmowy Newsletter!

Wyślij mi swój newsletter (możesz anulować subskrybcję w każdej chwili).

FreshMail.pl